KOSowa ekipa 

Zarząd

DSC_9441-001  ola_n.  gosia_ch  marta_j

     Zuza Pestka      Ola Niemc    Gosia Chrostek     Marta Jarosińska

PREZES         WICEPREZES     SEKRETARZ     SEKRETARZ

 

Członkowie

Desktop

Paweł Ciesielski, Marta Nowacka, Grażyna Butrykowska, Jacek Mazur, Asia Mielcarska,
Olga Ponieważ, Paulina Półtorak, Wojtek Wojtas, Jagoda Wolska

 

Koło wysokich lotów zaprasza w swoje szeregi!

 

 

 

Spotkanie Koła

27 lutego w Sali dla Kół Naukowych odbędzie się spotkanie Koła.

 

 Na spotkaniu nasz opiekun naukowy prof. dr hab. W. Meissner przedstawi wyniki

 kilkudziesięciu lat liczeń krzyżówek i łabędzi niemych zimujących na zbiornikach wodnych

w trójmieście. Ponadto omówiona zostanie kwestia uczestnictwa w BFN’ie oraz

plany na najbliższy kwartał.

 

Serdecznie zapraszamy :) 

Jantar 2012

 

Jantar 2012, czyli mini obóz w niepodległościowy weekend

 

 Prolog
 Tradycją KOSa są organizowane w okolicach Święta Niepodległości, coroczne jesienne obozy ornitologiczno-autoedukacyjne. Nie inaczej było w tym roku. Za sprawą mocy nadanej jej przez tytuł prezesa, pani Zuzanna P., wykorzystując swoje kontakty wśród przybrzeżnych społeczności  małomiejskich patrzących przychylnym okiem na szeroko pojętą działalność ornitologiczną młodej braci akademickiej zaplanowała i z sukcesem zrealizowała kolejny Jesienny Obóz KOSa. Tym razem w niewielkiej miejscowości  przybrzeżnej leżącej na wchód od Gdańska – Jantarze.

 Wejście Chóru

 Dla większości ekipy obóz rozpoczął się 9. listopada o godzinie 17. minut 15 wyjazdem z  gdańskiego Dworca PKS. Pomimo, jakby się mogło wydawać, niepopularnego kierunku podróży i nietypowej godziny odjazdu, autobus był
 nadzwyczaj zatłoczony. Okazało się, iż miało to swoje dobre strony – bez problemu udało się znaleźć uprzejme osoby służące pomocą w ustaleniu
odpowiedniego momentu na opuszczenie pojazdu, tak byśmy znaleźli się tam gdzie znaleźć się chcieliśmy. O godzinie 18. minut 12 opuszczamy pokład busa elbląskiej linii na pierwszym jantarowym przystanku.

Chór

Na przystanku, w listopadowych ciemnościach, czeka na nas nasz gospodarz Adam. Postanawia
odciążyć nasze zmęczone siedzeniem ciała i zawozi samochodem do kwatery tobołki oraz kilku
obozowiczów, pozostawiając za sobą garść wskazówek dla reszty ekipy, która do wozu się nie
zmieściła. 8 minut marszu i jesteśmy na miejscu. Zaraz po przydziale pokoi i rozpakowaniu sprzętu, w
piwnicy domku odbyła się narada co do dalszych obozowych planów. Jako, że dzień inauguracji obozu
przypadł w piątek, który jak wiadomo jest dniem pracującym, wieczór obrad zakończył się szybko, aby umożliwić wszystkim odpowiednią regenerację.

 Akt I

 Wymarsz w teren następuje z samego rana, czyli o 8. minut 30. Pierwszym celem jaki
 obraliśmy była jantarowa plaża. Pogoda dopisała stosunkowo wysoką temperaturą i minimalnym zachmurzeniem. Z tego właśnie brzegu – miejscowi z całymi rodzinami i powodu nie byliśmy jedynymi gośćmi na menażerią tłumnie wybyli na nadmorski piasek skutecznie przeganiając
odpoczywające na lądzie mewy z powrotem na wodę. Okazuje się, że dobre warunki atmosferyczne mają wiele wad z punktu widzenia ptasiarza – niektóre pożądane gatunki wolą bardziej niespokojną aurę, jak chociażby wypatrywana przez nas bezskutecznie mewa trójpalczasta Rissa tridactyla. Nic to – może uda się ją zaobserwować przy innej okazji albo w
przyszłym roku. Jak wiemy „nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło” i absencja
trójpalczastej koleżanki została zrekompensowana przez rezolutnie skaczące
po piasku wydm stadko śnieguł Plectrophenax nivalis.
Poza tym Pani Prezes przeprowadziła dla  nowych członków instruktaż rozróżniania pospolitych gatunków mew i w ramach samokształcenia każdego z nas, kazała J zapisywać nazwy obserwowanych gatunków po łacinie.

 

Akt II

Po przeczesaniu plaży dołączyliśmy do punktu obrączkarskiego prowadzonego przez naszych przyjaciół Magdę i Piotra. Pomimo niewielkiej różnorodności łapanych ptaków, udało się zaobrączkować wiele osobników i można było poćwiczyć chwyt oraz oznaczanie wieku na pospolitych gatunkach. Dla niektórych obozowiczów był to pierwszy kontakt z tą metodą badania awifauny i jest to niewątpliwie cenne doświadczenie.


   

Akt III

Kolejny cel obserwacji – niewielkie śródmiejskie, dzikie jeziorko i równinne tereny upraw buraków. Opuściliśmy plażę i ruszyliśmy
 w przeciwnym kierunku. Cofając się prawie do przystanku desantowego, skręcamy w uliczkę sąsiadującą ze wspomnianym jeziorem. Teren ciekawy zarazem faunistycznie i botanicznie – ziemia wokół porośnięta starym olsem, trzcinowiska i bogata linia brzegowa pozwoliła
na odnotowanie kilku gatunków. Idąc dalej w stronę plantacji buraków mijamy zagrodę strusi – pomimo naszej sympatii do tych poczciwych ptaków postanawiamy nie wpisywać ich na listę gatunków zaobserwowanych.  Spacer miedzą obfitował w drapieżniki i stadne wróblaki. Dzięki bystremu oku nowej koleżanki Agaty,myśliwej, udało się nie przeoczyć,spacerującego wśród wyschniętych traw, bażanta Phasianus colchicus.

 

Chór

Nie ma takich  warunków atmosferycznych, które nie dawałyby się we znaki po kilkugodzinnym pobycie w terenie. Zmęczeni i wywiani,
schodzimy do bazy, po drodze robiąc zakupy na wspólny obiad. A obiad okazał się być niezmiernie smaczny, sycący i łatwy w
przygotowaniu – pewnie dlatego, że przygotowaniem zajęli się głównie mężczyźni – kolega Jacek oraz kolega Paweł. Pulpa obozowa
nie musiała być spożywana tradycyjnie z jednego garnka wspólną chochlą. Zdobycze cywilizacji w postaci sztućców, talerzy, bieżącej
wody i płynu do naczyń umieszczone w pensjonacie, umożliwiły delektowanie się smakiem gotowanego makaronu w autorskim sosie pomidorowo-kukurydzianym z dodatkiem swojskiej Polskiej kiełbasy maczanej w oryginalnej indyjskiej curry (tak twierdzi producent na odwrocie opakowania) indywidualnie w prywatnej strefie wolnej od zakażeń meningokokami.

Cuda techniki wyszły nam naprzeciw raz jeszcze. Kucharka
Jagoda postanowiła wznowić powstały dwa lata temu zwyczaj
podawania poobiedniego deseru. Wykorzystując swój zmysł i
moc kuchenki mikrofalowej, przygotowała przepyszne
czekoladowo-kakaowe ciasto w pięć minut.
Resztę wieczoru wypełniła projekcja filmu przyrodniczego
„Rytmy Natury w dolinie Baryczy” oraz integracja wewnątrz i zewnątrz
obozowa.

Gośćmi pensjonatu oprócz ekipy KOSa były Panie
z Koła Gospodyń Wiejskich z Szymankowa/k. Malborka.
Mimo różnicy wieku między członkami tych dwóch
organizacji, znalezienie wspólnego języka nie stanowiło
żadnego problemu i wesoło spędziliśmy razem czas,
wymieniając się doświadczeniami i potrawami – KOS został
poczęstowany przez Panie ich przepysznymi daniami a
odwdzięczył się serwując wszystkim zebranym tradycyjny
turbokisiel. Potem odbyły się zawody w kalambury i
potyczki w nowej dyscyplinie – „Palcach w pralce”.

Akt IV

 Niedziela. Ostatni dzień wyjazdu i zarazem dzień powrotu. Czasu mniej niż dzień wcześniej, dlatego wymarsz w celu skontrolowania plaży następuje jeszcze wcześniej  – o 7. minut 45. Nadal nie udało się zaobserwować upragnionej Rissa tridactyla, ale lista zaobserwowanych w czasie obozu gatunków rozrosła się do ponad 50. Lepiej poszło obrączkarzom. Sieci okazały się bardziej bogate w różne gatunki i tak w nasze ręce trafił między innymi pełzacz leśny Certhia familiaris czy raniuszek Aegithalos caudatus. Mimo, że jest dość pospolitym gatunkiem, jego obecność w sieci zawsze cieszy naszą brać ornitologiczną. Trafiła się też sikora sosnówka Periparus ater i czarnogłówka Poecile montanus. Przy okazji udało się zainteresować obrączkowaniem kilku mieszkańców miasteczka – wśród nich były dzieci w każdym wieku oraz dorośli.


 

Epilog

Autobus powrotny przyjechał po nas przed godziną 15 i bezpiecznie odstawił do Gdańsk. Tobołki w
bagażniku ciążyły nam tak samo jak za pierwszym razem. Pomniejszone o jedzenie a powiększone o termiczną torbę izolującą z niezwykle ciekawą i arcytajną zawartością, tym razem zostały zaniesione do domów właścicieli przy pomocy siły nóg i barków.
Kolejny udany wypad!

 

Recenzja pióra Sekretarza Mazura :)